Pomysł na tę wyprawę nie wziął się znikąd. Wszystko zaczęło się od obietnicy rzuconej w social mediach – powiedziałem publicznie, że przejadę rowerem całą Polskę, z Zakopane aż do Gdańsk. W tamtym momencie brzmiało to jak świetne wyzwanie… dopóki nie przyszło do realizacji. Nie było już odwrotu – skoro powiedziałem A, trzeba było dowieźć B.
Dzień 1: z Zakopanego do Krakowa
Pierwszy dzień, z Zakopanego do Kraków, był wymagający fizycznie, głównie przez przewyższenia, ale jednocześnie pełen ekscytacji. To był ten etap, gdzie adrenalina i świeżość robią robotę. Mimo zmęczenia wszystko wydawało się „do zrobienia”. Głowa jeszcze nie do końca rozumiała, co przede mną.
Dzień 2: z Krakowa do Radomska
Drugiego dnia, jadąc z Krakowa do Radomsko, zacząłem narzekać. Wydawało mi się, że jest ciężko, że tempo nie takie, że nogi już nie działają idealnie. Z perspektywy czasu to aż zabawne – bo był to jeden z najłatwiejszych dni całej wyprawy. Wtedy tego nie wiedziałem. Myślałem, że jest źle… a było naprawdę dobrze.
Dzień 3: z Radomska do Lubienia Kujawskiego
Trzeci dzień, z Radomska do Lubień Kujawski, to był moment przełomowy. Totalne załamanie. Tego dnia zrobiłem około 150 km i praktycznie każdy kilometr bolał. Pierwsza część poszła jeszcze w miarę sprawnie, ale potem wszystko zaczęło się sypać – zmęczenie, tempo, głowa. To był pierwszy moment, kiedy naprawdę pojawiła się myśl: „czy ja to w ogóle dowiozę?”.
Dzień 4: z Lubienia Kujawskiego do Chełmna
Czwartego dnia, jadąc z Lubienia Kujawskiego do Chełmno, byłem nastawiony najgorzej. Prognozy straszyły deszczem, a ja psychicznie byłem już zmęczony poprzednim dniem. Spodziewałem się walki o przetrwanie… a dostałem coś zupełnie innego. Ostatecznie była tylko lekka mrzawka, a sam dzień okazał się dużo przyjemniejszy, niż zakładałem. To był moment oddechu i lekkiego odbicia.
Dzień 5: z Chełmna do Gdańska
Ostatni dzień, z Chełmna do Gdańska, miał być formalnością. W końcu meta była już blisko. Ale rzeczywistość znowu zweryfikowała plany. Pojawiło się kolejne załamanie – zmęczenie, zawroty głowy, brak energii. Różnica była jednak jedna: tym razem wiedziałem, że to już koniec. I właśnie to nie pozwoliło mi się poddać. Nieważne, jak ciężko było – trzeba było dojechać.
Podsumowanie
Ta pięciodniowa wyprawa to było coś więcej niż tylko przejechanie kilkuset kilometrów. To była lekcja o tym, jak bardzo nasze odczucia potrafią nas mylić – jak dzień, który wydaje się ciężki, może być w rzeczywistości najłatwiejszy, a ten, który miał być prosty, potrafi zaskoczyć najbardziej.
Najważniejsze, co z tego wyniosłem? Czasami wystarczy złożyć publiczną obietnicę… żeby zrobić coś, czego inaczej nigdy byś nie spróbował.
